Gdy w roku akademickim 2001/2002 rozpoczęła działalność Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Przemyślu (obecnie Państwowa Wyższa Szkoła Wschodnioeuropejska), od II semestru wykłady z dziejów powszechnych i Polski średniowiecza oraz historii ustroju podjął dojeżdżający z Krakowa dr hab. Janusz Kurtyka.
Będąc świeżo upieczonym absolwentem historii KUL po seminarium mediewistycznym, zostałem jednym z dwóch asystentów nowego Profesora przemyskiej uczelni. Początkowo planowałem rozpocząć studia doktoranckie w Lublinie, jednak po kilku spotkaniach i za namową Profesora zdecydowałem o przygotowaniu pod Jego kierunkiem rozprawy doktorskiej, poświęconej sieci parafialnej diecezji przemyskiej obrządku łacińskiego w wiekach XIV–XVI. Tak rozpoczęła się moja ośmioletnia współpraca z prof. Januszem Kurtyką.
Na pytanie jakim był On promotorem, najkrócej mogę powiedzieć, że wymagającym, ale też niezwykle wyrozumiałym. Od początku współpracy stanowczo domagał się przeprowadzenia wyczerpującej kwerendy źródłowej, pełnego rozpoznania stanu badań, dogłębnej analizy źródeł, rzetelnej i klarownej prezentacji ustalonych faktów. Tak postawione wymagania są zupełnie oczywiste, jeśli mówimy o realizowanym temacie pracy. Jak się jednak szybko przekonałem, Profesor stawiał je również poza głównym przedmiotem badań. Nie istniała dla niego kategoria wątków pobocznych, gdzie można by ograniczyć się do gładkiego zreferowania dotychczasowego dorobku historiograficznego. Opis sieci parafi alnej, którym zajmowałem się w kilku aspektach, dla Profesora stanowił doskonały pretekst do solidnego przedstawienia zagadnień osadniczych, omówienia dyskusji historiografi cznej na temat początków biskupstwa czy zwrócenia uwagi na znaczenie zakonów w chrystianizacji ziem ruskich Rzeczypospolitej. Uważał, że realizowana przeze mnie praca jest odpowiednim polem do zarysowania pełnej organizacji biskupstwa przemyskiego w okresie przedrozbiorowym. W przedstawionym Mu rozdziale o rozwoju struktury parafialnej widział miejsce na poczynienie jak najszerszych ustaleń odnośnie do fundatorów placówek duszpasterskich, ich pozycji społecznej i majątkowej, sprawowania prawa patronatu itd. W efekcie, pierwotnie założony kwestionariusz badawczy stawał się za wąski i szybko tracił aktualność, a plan pracy ulegał ciągłej przebudowie i rozrostowi. Ze składanych przeze mnie propozycji badawczych Profesor bez problemu akceptował spełniające Jego oczekiwania bądź takie, które je wyprzedzały. Natomiast zazwyczaj bezceremonialnie i kategorycznie odrzucał próby okrojenia zagadnienia, zawężenia kwerendy czy poprzestania na omówieniu stanu badań (ten bowiem dla Profesora zazwyczaj okazywał się niewystarczający). Nie oznacza to oczywiście, że dyskusje o kształcie pracy były bezowocne. Podczas nich poznawałem warsztat i metodę pracy mojego promotora. Czasem Profesor kompromisowo ustępował z części postulatów, zawsze jednak podkreślając, że łatwo zaprzepaszczam walory pracy.
Ponieważ sukcesywnie zapoznawałem się z dorobkiem naukowym Profesora, miałem pełną świadomość, że stawiane mi wymagania nie są efektem teoretycznych refleksji na temat zadań, jakie winien wykonać doktorant, ale miarą Jego osobistego podejścia do pracy naukowej. Przedkładane przeze mnie rozdziały czytał skrupulatnie. Zazwyczaj akceptował ich treść, czasem zgłaszając drobne uwagi, natomiast na odwrotnej stronie wydruków zapisywał szereg propozycji rozbudowy tekstu, sięgnięcia po dodatkowe źródła i literaturę. W rezultacie pierwotnie czterdziestostronicowy rozdział, po uwzględnieniu uwag Profesora, zwiększał objętość dwukrotnie.
Muszę przyznać, że na całą sytuację Profesor patrzył realistycznie, nigdy nie wymuszając na mnie pośpiechu. Przestrzegał wręcz przed pisaniem jakiejkolwiek pracy wyłącznie dla stopnia czy tytułu. Prace doktorskie napisane w cztery lata i niepoprzedzone solidną kwerendą, a finalnie trafiające na półki uczelnianych archiwów, określał mianem „mierzwy”. Lubił powtarzać żart, chyba zresztą ukuty przez siebie, że „poważnie zaniepokojenie można odczuwać po dziesięciu latach pisania”. Stąd też bardzo długo nie pytał mnie o postępy utrwalone na piśmie, bardziej interesowały go zebrane źródła i znajomość literatury. W okresie kwerendy mogłem korzystać z prywatnej biblioteki Profesora. Jedyne ograniczenie stanowiła pojemność bagażnika samochodu, którym zabierałem literaturę na miesiąc, dwa do Przemyśla.
Na życzliwość i wyrozumiałość Profesora mogłem liczyć także w momentach zawodowych wpadek. Zapamiętałem dobrze sytuację sprzed kilku lat, gdy z nieco wymuszonej inspiracji Profesora przygotowałem edycję źródłową siedemnastowiecznych protokołów wizytacyjnych, niezwykle cennych dla dziejów diecezji przemyskiej. Słabe przygotowanie warsztatowe dało marny efekt i publikacja została odrzucona przez redakcję „Rocznika Przemyskiego”, który był gotów ją opublikować. Był to chyba jedyny moment, gdy z niepokojem oczekiwałem przyjazdu Profesora do Przemyśla, spodziewając się solidnych cięgów. Sprawa zakończyła się jednak zaskakująco. Profesor, wręczając mi kopię niefortunnej edycji źródłowej z własnymi poprawkami, dołączył zestaw instrukcji wydawniczych, dorzucając z nieco ironicznym uśmiechem, żebym „na przyszłość koniecznie zapoznał się z ich treścią”.
Nigdy nie pytałem Profesora o jego mistrzów. Na pewno darzył szczególnym uznaniem historiografię przełomu XIX/XX stulecia. W obszarze łączących nas zainteresowań, czyli dziejów Kościoła na ziemiach ruskich Rzeczypospolitej, wysoko cenił dorobek prof. Władysława Abrahama. Z wielkim uznaniem mówił o rozmachu prac lwowskiego uczonego, pięknym stylu literackim, brawurowych analizach źródeł i mimo ciągle poszerzającej się bazy źródłowej i przyrostu dorobku naukowego, randze wciąż aktualnych ustaleń. Profesor nigdy nie pozwalał na sięganie tylko po prace najnowsze, sumujące stan badań, czy wyłącznie nowoczesne, spełniające wymogi współczesnej historiografi i edycje źródeł. Oczekiwał przywołania również publikacji starszych, przestarzałych – polskich, rosyjskich czy ukraińskich kodeksów dyplomatycznych, często zupełnie zapomnianych. Myślę, że w jakimś sensie był strażnikiem pamięci o minionych pokoleniach historyków.
Muszę też wspomnieć o obecności Profesora w Przemyślu, do którego swój sentymentalny stosunek wyrażał przy wielu okazjach. Miastu i historycznej ziemi przemyskiej poświęcił swój pierwszy publikowany tekst naukowy. W miejscowym Archiwum Diecezjalnym jeszcze jako student przeprowadzał kwerendy. Przemyska uczelnia była miejscem, gdzie pracował, ale też realnie wspierał wszelkie inicjatywy na rzecz stworzenia przestrzeni do prowadzenia solidnych badań historycznych. To dzięki Profesorowi w Bibliotece Uczelnianej PWSW został zgromadzony chyba największy w mieście księgozbiór wydawnictw źródłowych i rzadkich opracowań do dziejów Kresów południowo-wschodnich i Podola.
W bieżącym działaniu nie zdradzał żadnego wahania. Błyskawicznie chwytał za telefon bądź wstawał z fotela, ruszając do gabinetów „czynników sprawczych” uczelni. Niejednokrotnie, zanim zdążyłem do końca zreferować sprawę, z którą przyszedłem, On podejmował już konkretne działania. W odbiorze osobistym Profesor był człowiekiem bardzo ciepłym i serdecznym. Stąd też obraz medialny – oschłego urzędnika, niewyrażającego żadnych emocji – był zaskoczeniem nie tylko dla mnie, ale również pracowników uczelni mających częstszy kontakt z Profesorem. Jakkolwiek zabrzmi to patetycznie, budził respekt przede wszystkim rozległą wiedzą, niesamowitym opanowaniem i skutecznością działania. Ujmował zainteresowaniem zwykłymi sprawami pracowników i studentów. Dobrze pamiętał swoich seminarzystów, pytał o losy absolwentów. Autentycznie przeżywał sytuacje, gdy najzdolniejsi studenci po ukończeniu studiów licencjackich wyjeżdżali na emigrację.
* * *
Ostatnich partii pracy oddanych przeze mnie w marcu bieżącego roku. Profesor nie zdążył przeczytać. Planował złożenie całości rozprawy w najbliższych miesiącach i obronę po wakacjach. Realizacja tych celów pozostała moim zobowiązaniem, wynikającym z szacunku dla wybitnego historyka wieków średnich oraz z długu wdzięczności, jaki zaciągnąłem wobec Profesora.