Sobota, 11 lutego 2012, data aktualizacji serwisu: 11.02.2012
Szukaj w serwisie

Wspomnienia

Jan Baster, IPN

Janusz

Rozpacz – przygnębienie – adaptacja. To opisane w literaturze etapy żałoby. Jest jeszcze tło: niedowierzanie. Niedowierzanie wbrew oczywistym, tragicznym faktom. Godziny spędzone na czuwaniu przy trumnie, kanonada informacji, wreszcie uwierzytelnienie aktu zgonu. Tak pewnie „cały człowiek” broni swojej integralności, nie dopuszczając do podświadomości tej oczywistej wiedzy – namacalnej i nieodwracalnej: Prezes Instytutu Pamięci Narodowej prof. Janusz Kurtyka nie żyje.

Janusz nie żyje. Nie wpadnie z impetem (inaczej nie wchodził) do mojego pokoju, nie zadzwoni o drugiej w nocy, dziwiąc się, że śpię, a przecież On ma nowy pomysł, nie zajrzy na kawę z rana i trzy szklanki soku z „żaby” (zielony, nie wiem z czego) wypijane duszkiem. Nie zakomunikuje jednej ze stu swoich decyzji podjętych dzisiaj, nie rzuci kąśliwej uwagi o biurokracji i dyktacie księgowych w opozycji do interesu Rzeczypospolitej, na marginesie pytając o zdrowie mojego najświeższego wnuka.

Doby, tygodnie, miesiące i lata były zbyt krótkie. Czas wariował, nie nadążał. Teraz, przed końcem kadencji, mówiliśmy: Janusz, wyluzujmy, zreasumujmy, udokumentujmy, zadumajmy się. Przecież właśnie to robimy – odpowiadał, trzymając w ręku plan wydania prawie dwustu książek, organizacji setek wystaw, konferencji, obchodów w tym roku.

„Osmaleni prochem pola bitwy, owiani wiatrem historii”… maszerujemy, stojąc – jak warta honorowa zatrzymana przy Jego trumnie. Patetyczne, wielkie słowa w Jego ustach brzmiały normalnie. Przywoływany do naszej rzeczywistości, nie rozumiał, o czym mówimy. Granice ludzkich, instytucjonalnych czy formalnych możliwości były gorsetem zbyt ciasnym, o nieudokumentowanym rodowodzie – zatem nie istniały. Tabun pomysłów, projektów, idei, którym pozwalał uwalniać się, co dnia cwałował korytarzami i gabinetami Instytutu, zagarniając wszystko i wszystkich, co na drodze. A On dalej gonił czas, nie zapominając zadzwonić lub wezwać tego lub tamtego z pytaniem, jak „idzie” jego kawałek roboty. Biada wezwanemu, jeśli nie potrafił natychmiast wyjaśnić wszystkich wątpliwości.

Biada, ale tylko na chwilę. Janusz pod swoją nakładaną rano – jak garnitur – maską surowego, porywczego Szefa, był człowiekiem gołębiego serca. Bóg jeden wie, ile podjętych w porywie emocji decyzji ulegało modyfikacji w kierunku zasadniczego złagodzenia pod wpływem perswazji, czasem zwykłego odwleczenia w czasie. Były też i takie, przy których trwał nieugięcie, czasami wbrew najbliższym doradcom. Był gotowy – a nawet oczekiwał – na najtrudniejsze nawet konsekwencje. Jego odwaga cywilna była zadziwiająca. Dzięki temu, nie zapominając o erudycji, inteligencji, błyskotliwości i elokwencji, był twarzą i tarczą Instytutu.

Jeden z pracowników IPN, zatrudniony w centrali od początku, wychodząc z posiedzenia sejmowej komisji, podczas której Janusz składał inauguracyjne sprawozdanie, powiedział: po raz pierwszy wychodzę stąd z podniesioną głową.

On wiedział wszystko, a nawet jak nie wiedział, to wiedział.

Był także tarczą strzelniczą Instytutu. Ataki na siebie przyjmował z godnością, czasem z politowaniem. Ataki kierowane w stronę IPN przyjmował na siebie. To musiało wiele kosztować. Pamiętam jeden z wielu wieczorów z przełomu pierwszego i drugiego roku kadencji. Pracowaliśmy wtedy szaleńczo, niemal bez odpoczynku. Nie wychodziliśmy z pracy – mieszkaliśmy w siedzibie Instytutu. Wieczorne i nocne spotkania odbywały się w moim pokoju. Tego wieczoru, w gronie najbliższych współpracowników, bez życia siedzieliśmy w fotelach. Janusz powiedział: „Wiesz, Jasiu, czuję się jak kotek feldkurata Katza ze Szwejka. Pamiętasz kotka? Bity, kopany, potargany z urwanym uchem i złamanym ogonkiem...”. Rozumieliśmy to doskonale, czuliśmy się podobnie. Niespecjalnie pamiętaliśmy tego nieszczęsnego kotka, ale opis był przejmujący i pasował do poetyki Haška. „Pamiętam kotka” – rzuciłem. „Wiesz, kiedyś w hallu przy Towarowej powinien stanąć pomnik kotka feldkurata Katza z podpisem: Janusz Kurtyka” – powiedział z figlarnym błyskiem w oku. Wiele razy później, przechodząc czy przebiegając przez hall, pytał, dlaczego jeszcze nie ma pomnika. Teraz wiem na pewno– będzie pomnik kotka feldkurata Katza.

Dzięki Januszowi Kurtyce współpraca międzynarodowa Instytutu nabrała trudnego do opisania tempa i zakresu. Setki metrów bieżących dokumentów zostały sprowadzone do Polski w ramach wymiany z pokrewnymi instytucjami – niektóre znalazły się tu po raz pierwszy. Dziesiątki wydanych książek, zorganizowanych konferencji. Stany Zjednoczone, Izrael, Rosja, Ukraina, Czechy, Słowacja, Rumunia, Bułgaria, Litwa. To główne kierunki współpracy, wymagające komunikacji lotniczej. Znacząca część uczestników delegacji (na czele z piszącym te słowa) zwyczajnie bała się latać samolotem. Dla Janusza nie stanowiło to żadnego problemu. Uspokajał nas przed każdym lotem i pocieszał, tłumacząc, że w razie katastrofy będziemy mieli państwowy pogrzeb z honorami.

W tę ostatnią podróż po raz pierwszy udał się sam. Każdy z nas – któremu proponował ten lot – miał inne, ważne zajęcia. Ledwo zdążył na lotnisko, bo zwyczajnie zaspał. Zadzwonił do mnie z drogi do Warszawy w piątek o 23. Umówiliśmy się na telefon po przylocie. W sobotę po dojściu tragicznej wiadomości na moim telefonie wyświetlił się numer prywatny – jak zwykle kiedy dzwonił Janusz. To nie był On. I to już nie będzie On.
 

Powrót
Drukuj
Generuj plik PDF
Poleć stronę znajomemu
Adres do korespondencji
Instytut Pamięci Narodowej, ul. Towarowa 28, 00-839 Warszawa
©2000-2012 Instytut Pamięci Narodowej. Wszelkie prawa zastrzeżone.