Wystawa "Sztuka Stanu Wojennego" autorstwa Mariusza Hermansdorfera, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, Wrocław 2006
13 grudnia 1981 roku wracałem z Warszawy do Wrocławia. Kongres Kultury Polskiej, w którym uczestniczyłem, został przerwany, część delegatów aresztowana. Jechałem prawie pustym pociągiem przez puste pola i łąki, mijałem wyludnione dworce. We Wrocławiu w niektórych miejscach stały czołgi, zasieki z drutu. Podobną pustkę zobaczyłem potem na biało-szarych obrazach Jerzego Kaliny Zima 81 i Zima 82, a w pracowni Edwarda Dwurnika oglądałem serię błękitnych pejzaży miejskich z czołgami i płotami z drutu. Były to jedne z wielu prac, które powstały wkrótce po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Szok wywołany tą decyzją wyzwolił masową reakcję w środowiskach twórców. Duża część artystów przyłączyła się do bojkotu państwowych instytucji – wystawiali w prywatnych mieszkaniach, uczestniczyli w szerokim ruchu kulturalnym pod patronatem Kościoła katolickiego. W swoich pracach wyrażali bunt, sprzeciw, pytali o kondycję człowieka, o granice wolności, dokumentowali konkretne sytuacje bądź odwoływali się do uniwersalnych symboli.
Masowość ruchu nie sprzyjała utrzymaniu dobrego poziomu wystawianych prac. Brak selekcji powodował, że obok dzieł wartościowych pojawiła się duża ilość miernych, wręcz kiczowatych. Patronat Kościoła nad środowiskami twórczymi skłaniał wielu artystów do posługiwania się ikonografią chrześcijańską, ale tylko dla nielicznych stanowiła ona źródło autentycznych inspiracji. W okresie tym powstały jednak także prace dobre, rozpoczęły działalność grupy artystyczne, które w istotny sposób wpłynęły na sztukę polską, miały miejsce performance i happeningi o oryginalnym charakterze.
Stanisław Rodziński i Jerzy Tchórzewski w sposób twórczy interpretowali motywy religijne. Tematyka ta nie była dla nich nowością. Wizerunki cierpiącego Chrystusa występowały także w ich wcześniejszych pracach. W roku 1985 obaj namalowali Golgotę. W monumentalnym
pentaptyku Tchórzewskiego klęska jest jednocześnie zwycięstwem. Mały, umieszczony na odległym wzgórzu krzyż wznieca płomień, który swoim żarem przepala niebo i ziemię. U Rodzińskiego Chrystus kona w ciemnościach, samotny, pilnowany przez zbrojnych siepaczy. Oba obrazy dobrze oddają atmosferę tamtych lat – rozpacz, ale i żarliwą wiarę w odrodzenie ideałów Sierpnia 80.
Z wiary i z wątpienia, ze smutku, z przerażenia i z modlitewnej refleksji powstały też między innymi ówczesne prace Jerzego Kaliny, Leszka Sobockiego, Jacka Waltosia oraz debiutującego w połowie lat osiemdziesiątych Tadeusza Boruty. Wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, posługiwali się symboliką chrześcijańską.
Najbardziej konsekwentny był w tym Jerzy Kalina – autor wielu akcji artystycznych, twórca grobów wielkanocnych, w których nawiązywał do aktualnych wydarzeń politycznych i społecznych (np. morderstwa księdza Jerzego Popiełuszki).
Tematykę religijną ze społeczną, tradycję z bieżącymi wypadkami łączyli też członkowie krakowskiej grupy „Wprost” Leszek Sobocki i Jacek Waltoś. Sobocki w serii linorytów pt. „Wizyta i Posługa” z lat 1983 – 1985 nawiązywał do pielgrzymki Jana Pawła II i jego wsparcia dla ukrzyżowanego narodu (Wizyta – spotkanie XIII); Waltoś w obrazach zainspirowanych fotografią modlących się przy bramie stoczniowców opowiadał o związkach między ludźmi, wspólnocie w cierpieniu, miłości, solidarności. W przeciwieństwie do nich Tadeusz Boruta unikał bezpośrednich odniesień do konkretnych faktów i wydarzeń. Jego obrazy są uduchowione, mistyczne.
Brutalna rzeczywistość inspirowała natomiast artystów z warszawskiej „Gruppy”, wrocławskiego Luxusu, a także między innymi Edwarda Dwurnika i Zbyluta Grzywacza. Członkowie „Gruppy”: Ryszard Grzyb, Paweł Kowalewski, Jarosław Modzelewski, Włodzimierz Pawlak, Marek Sobczyk i Ryszard Woźniak w swoich obrazach i artystycznych akcjach prezentowali świat pełen absurdalnych zdarzeń, obscenicznych sytuacji, świat prymitywny, odrażający. Jak w krzywym zwierciadle odbijała się w ich działaniach nasza codzienność, nasze lęki i frustracje, diaboliczna przemoc, groteskowa
rzeczywistość. Tytuły prac i zdarzeń przypominały te, które swoim „metafizycznym” kompozycjom nadawał kiedyś Stanisław Ignacy Witkiewicz, a wcześniej surrealiści (Chłodny jeleń w powidłach, Myślę o Bogu i jęczę, Rozpamiętuję i duch we mnie mdleje itp.). Efekty działań „Gruppy” w tym samym stopniu były poważne co żartobliwe. Inaczej we wrocławskim Luxusie. W obrazach i książkach artystów z tego ugrupowania przeważa groteska, kpina. Niskonakładowe zeszyty Luxusu przypominały wszystko z wyjątkiem tego, co sugerował tytuł. Powielane za pomocą szablonów hity światowej pop-kultury, wizerunki międzynarodowych idoli były przaśne, zgrzebne, ubogie – takie jak polska rzeczywistość lat osiemdziesiątych.
Najpełniejsze odbicie tej rzeczywistości znajdziemy w obrazach Edwarda Dwurnika. Oprócz wspomnianej serii pejzaży miejskich z czołgami i zasiekami z drutu artysta namalował wiele monumentalnych kompozycji, których bohaterami są ludzie ciężkiej pracy. W Trzeciej zmianie, w Nędzy łódzkiej prządki, w wizerunkach robotników różnych profesji przedstawiał nie tylko nędzę, ale i heroizm tej warstwy społecznej, jej naturalną, pierwotną siłę. Podobna siła charakteryzuje też bohaterów symbolicznych obrazów Zbyluta Grzywacza.
Atmosfera stanu wojennego wpłynęła również na prace innych artystów. Inspirowała Annę Mizeracką do wykonania cyklu rysunków o tej tematyce, Jana Dobkowskiego, Łukasza Korolkiewicza i Wiesława Szamborskiego do utrwalania na płótnach kwiatowych krzyży,
które układano na placu Zwycięstwa w Warszawie, w miejscu, gdzie Jan Paweł II odprawił pamiętną mszę; Andrzeja Bielawskiego i Jacka Sempolińskiego do realizacji fakturalnych kompozycji – reminiscencji bruków ulicznych (Bielawski), obrazów totalnej destrukcji i rozpadu (Sempoliński); Eugeniusza Geta-Stankiewicza do tworzenia dowcipnych kolaży dedykowanych nomenklaturze, czerwonym, wykpiwających bohaterów Związku Radzieckiego (Pawlik Morozow) i jego symbole (Sierp młotka); Jana Jaromira Aleksiuna do malowania liter – rebusów odnoszących się zarówno do zagrożeń, jak i nadziei tamtych lat. W inspirowanej stanem wojennym sztuce dominowało malarstwo, grafika, rysunek. Rzeźby należały do rzadkości. Wyjątek stanowiły assemblage Jerzego Beresia, który konsekwentnie realizował prace o politycznej wymowie, coraz bardziej jednoznaczne, przemawiające wprost, bez kamuflażu (Miejsce, 1982; Bojkot, 1986). Inni sporadycznie wykonywali kompozycje odnoszące się do sytuacji Polski i Polaków po 13 grudnia 1981 roku. W kilku wypadkach stworzono dzieła wybitne, takie jak Klatka, 1985 – Magdaleny Abakanowicz; Victoria, 1983 i Thanatos polski, 1984 – Krzysztofa Bednarskiego; Sieć, 1989 – Włodzimierza Borowskiego. Oryginalnym osiągnięciem w sztuce tego okresu były performance i happeningi. Przemysław Kwiek i Zofia Kulik dokumentowali swoje akcje artystyczne poświęcone degradacji jednostek w totalitarnym systemie, ograniczeniu swobód obywatelskich, polskiej biedzie (Banan i granat, 1986).
Na pograniczu sztuki, politycznej manifestacji, karnawałowej zabawy, sytuują się happeningi Pomarańczowej Alternatywy organizowane we Wrocławiu w latach 1985 – 1988. Zainicjowane przez Waldemara Fydrycha, autora Manifestu Surrealizmu Socjalistycznego i samozwańczego „Majora”, angażowały tłumy przypadkowych uczestników. Realizowane według scenariuszy opracowanych przez „Majora” odbywały się np. z okazji rocznicy rewolucji październikowej, święta Ludowego Wojska Polskiego, komentowały powszechne niedostatki i braki (Papier toaletowy, 1987; Fre-dom, spokojna starość na Świdnickiej, 1988). Przebrana za krasnali armia „Majora” prowokowała, śmieszyła, bawiła, pokazywała i wykpiwała absurdy ówczesnej rzeczywistości. Bezkrwawa rewolucja krasnali paraliżowała władzę, bo trudno było stosować terror wobec tych, którzy „czcili” ważne dla rządzących wydarzenia. Ograniczano się więc do rozpraszania manifestacji, chwilowych zatrzymań, sugerowano, że akcje mogą być zalegalizowane pod warunkiem... przeniesienia ich poza centrum miasta. „Major” zakończył działalność ostatnim happeningiem w roku 1990 – zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta Polski. Trudno o bardziej spektakularny finał ruchu, który nie tylko bawił, śmieszył, ale i bezlitośnie obnażał mankamenty ustroju.