Czwartek, 29 lipca 2010, data aktualizacji serwisu: 29.07.2010
O IPN
Aktualności
Wydział prasowy
Publikacje
Wnioski
Kontakty
Ogłoszenia
Linki

Aktualności

Program konferencji "Stan wojenny - spojrzenie po dwudziestu latach" wraz z tekstami referatów


Andrzej Paczkowski
Instytut Studiów Politycznych PAN
Warszawa
OPERACJA WPROWADZENIA STANU WOJENNEGO -
PRZESŁANKI I PRZEBIEG
"Dziś żądają związków, utworzą siłę, a potem przypuszczą szturm na partię, na rząd, na Sejm" (Edward Gierek, 26 sierpnia 1980); 
"Będzie to stworzenie organizacji klasy robotniczej, możemy stracić możliwość sprawowania władzy" (Stanisław Kania, 26 sierpnia 1980); 
"Pojawią się procesy, które zaczną nas niszczyć i partia będzie musiała podjąć walkę" (Andrzej Werblan, 30 sierpnia 1980) 

-nie były to jedyne czarne przepowiednie, które powstawały w najwyższych gremiach PZPR w końcowej fazie fali strajkowej z sierpnia 1980 r. Jednak, mimo projektu siłowego rozwiązania, które przygotowano w MSW, wytrwale popieranego przez niektórych członków Biura Politycznego, a także sugerowanie przez Moskwę podobnego wyjścia z sytuacji, postanowiono zaakceptować słynny Postulat Numer Jeden. Zrobiono to z pełną świadomością kłopotów jakie nieuchronnie powstaną, ale w przekonaniu, że nie ma innego, lepszego rozwiązania: "może trzeba wybierać mniejsze zło, a potem starać się z tego wybrnąć" - przekonywał innych i siebie Gierek (29 sierpnia). 
Alternatywą było uderzenie na strajkujące fabryki do czego, uważano, brakuje sił. Wszyscy członkowie najwyższego kierownictwa (i nie tylko oni - rzecz jasna) mieli w świeżej pamięci tragedię grudnia 1970 r., a także jej skutki m.in. w postaci gwałtownych przemieszczeń na szczytach władzy. Rozumiano już, że nie można podejmować takiej operacji jako działania czysto policyjnego (porządkowego) bez równoległej akcji politycznej, kampanii propagandowej, "opakowania" prawnego, przygotowania technicznego (zgromadzenia środków walki i wyćwiczenia sił) czy organizacyjnego. Zapewne to właśnie "syndrom grudnia" spowodował przyjęcie biernej postawy w pierwszej fazie wydarzeń z lata 1980 r., a skoro nie zareagowano siłą na strajki w Świdniku czy Lublinie, naturalne było, że i później stosowano taktykę perswazji, nacisku propagandowego i swoistego przekupstwa (podwyżkami płac). Postępowanie takie stało się wręcz konieczne, gdy fala strajkowa rozlała się po całej Polsce. 
Aczkolwiek Gierek (i jego najbliżsi współpracownicy) zapłacili posadami, to podstawową wytyczną na najbliższą przyszłość stała się jego koncepcja, którą można by określić jako stereotypowe, staropolskie - rodem z "Pana Tadeusza" - "jakoś to będzie": wybieramy mniejsze zło, a potem zobaczymy. Mimo pesymistycznych przepowiedni zapewne nikt nie wyobrażał sobie jak szybko i jak daleko sprawy zajdą, ani - w związku z tym - jak wiele wysiłku będą kosztowały próby "wybrnięcia z tego". W znanych dokumentach, wspomnieniach i publicznych wystąpieniach do rzadkości należały takie wypowiedzi jak znany artykuł Mieczysława F. Rakowskiego "Szanować partnera" (i tak późniejszy o wiele tygodni od chwili, gdy po raz pierwszy starano się zdefiniować sytuację), w których możnaby znaleźć ślady czegoś w rodzaju "nowego myślenia" na temat monopolu władzy i miejsca w życiu publicznym dla sił autonomicznych, choćby na wzór Kościoła, który podlegał ograniczeniom i pewnym działaniom kontrolnym (np. cenzura wydawnictw), ale nie wykonywał zaleceń partii, czyli nie był instytucją sterowaną. Nawet jednak w tego typu wypowiedziach - a na pograniczach obozu władzy było ich nie tak mało (m.in. w obrębie tzw. struktur poziomych) - przeważała optyka liberalizacji i demokratyzacji w duchu "października 1956", nie zaś przekonanie o potrzebie stosowania procedur demokratycznych. W obozie władzy nikt nie był przygotowany do podjęcia - czy choćby zaproponowania - reformy systemu, ani pod względem polityczno-prawnym, ani nawet w sferze zarządzania gospodarką. Stanowisko Rakowskiego i podobne do niego (np. prywatny i upubliczniony dopiero w 1988 r. list Jerzego Urbana do Stanisława Kani) były odpowiedzią na potężną presję społeczną, a więc z natury rzeczy przedstawiane w nich cele były nader ograniczone i miały charakter defensywny. Znajdowały się w istocie na pograniczu socjotechniki. 
Rzadkość występowania tego rodzaju tendencji nie znaczyła, iż stan wojenny widziany był przez wszystkich członków elity władzy - a tylko nią się tu zajmuję - jako jedyne skuteczne, a w związku z tym jedyne pożądane, rozwiązanie. Nie ma tu miejsca na personalizację obrazu, ani też na opisywanie w szczegółach licznych (a nawet bardzo licznych) wahań i niekonsekwencji, toteż tylko skrótowo powiem, że od początku zaistnienia nowej sytuacji - czyli utworzenia "Solidarności" jako masowego ruchu społecznego - prowadzona była polityka dwutorowa: 
Pierwszym kierunkiem było skłonienie "Solidarności" przez perswazję i nacisk propagandowy do "wpasowania" się w istniejące struktury ustrojowe, np. przez wejście do Frontu Jedności Narodu (instytucji całkowicie fasadowej) oraz nakłanianie "zdrowego robotniczego trzonu" związku do dokonania swoistego samooczyszczenia z "sił antysocjalistycznych". Wszelkie modyfikacje ustrojowe (można do nich zaliczyć: ustawę o związkach zawodowych, ustawę o cenzurze czy wreszcie słynne "trzy S" w przedsiębiorstwach), które mogły ułatwić znalezienie miejsca dla "Solidarności" były podejmowane z niechęcią, czy wręcz z bardzo silnymi oporami. W praktyce akceptowano je pod nieustannym naciskiem, negocjacje trwały miesiącami. Trudno więc je uznać za próby "otwierania" systemu, było to raczej wciąż działanie w kategoriach "mniejszego zła". Co nie wyklucza, że część członków PZPR, nawet z elity władzy, traktowała je jako działania pozytywne same w sobie, mające zmodernizować i umocnić realny socjalizm. 
Drugim było zaatakowanie "Solidarności" aby - jak to obrazowo określano - "odkleić siły antysocjalistyczne" (lub ogólniej "ekstremę") od "zdrowego nurtu", co miało zostać dokonane przy pomocy środków eufemistycznie nazywanych "administracyjnymi". Podstawowym miały być masowe aresztowania, ale także podejmowane przez SB operacje dezinformacyjne i dezintegracyjne. Zakładano, że związek osłabiony przez eliminację środowisk opozycji demokratycznej i radykalnych działaczy podda się lub wręcz rozpadnie, a wówczas spacyfikowanie go, jak i innych niezależnych organizacji, które istniały dzięki ochronie ze strony "Solidarności", nie będzie stanowiło problemu. 
Działania prowadzona w obu tych kierunkach bynajmniej nie wykluczały się, a de facto były komplementarne. Np. operacje dezintegracyjne i dezinformacyjne miały na celu m.in. ułatwienie czy wręcz zainicjowanie "samooczyszczenia". Osobną jest sprawą czy - i na ile - komplementarność ta była akceptowana przez ludzi działających na najwyższych szczeblach decyzyjnych. Z wypowiedzi niektórych z nich - podczas posiedzeń Biura Politycznego i Sekretariatu KC - można wnosić, iż wierzyli w możliwość rozbicia się "Solidarności", co prowadziłoby zarazem do marginalizacji środowisk opozycyjnych i "ekstremy", jak i spolegliwości związku wobec żądań władzy. Nie sprzeciwianie się stosowaniu gier operacyjnych nie musiało oznaczać akceptacji frontalnego ataku na związek. Być może tak właśnie należałoby opisać postawę Stanisława Kani czy takich osób jak Kazimierz Barcikowski lub Hieronim Kubiak, którzy nawet w finalnej fazie przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego uważali, iż nie należy zatrzaskiwać ostatecznie drzwi. Aczkolwiek nie brakuje historyków, którzy sądzą, iż kierownictwo PZPR (czy wręcz cała partia) stanowiła zbiór jednolity, a ewentualne różnice miały charakter kamuflażowy lub wynikały li tylko z ambicji personalnych, na podstawie znanych mi materiałów wolę być bardziej ostrożny w tej kwestii. Tym niemniej zwraca uwagę, że nawet ci, którzy do ostatniej chwili wierzyli w możliwość kompromisu, wzięli udział w administrowaniu stanem wojennym, gdy już został wprowadzony. 
Niezależnie od tego na ile oba te kierunki działania uzupełniały się, a na ile mogły być traktowane jako konkurencyjne, cel strategiczny był taki sam: odzyskanie kontroli nad życiem publicznym i społecznym, czyli przywrócenie kierowniczej roli partii. 
Jednym z najtrudniejszych problemów w badaniu i ocenie tego, co działo się w Polsce w związku z przygotowaniami do wprowadzenia stanu wojennego i decyzją o jego rozpoczęciu jest analiza wzajemnego oddziaływnia dynamiki wydarzeń wewnętrznych i aktywności czynników zewnętrznych, a przede wszystkim stanowiska oraz poczynań moskiewskiego centrum imperialnego. Trudność ta wynika nie tylko z dotkliwych luk źródłowych, ale także ze skomplikowanego układu zależności Polski od Związku Sowieckiego, czy też mówiąc dokładniej PZPR od KPZR. Zależności słabo zbadanej i będącej aż do dziś zagadnieniem silnie - i wielokierunkowo - zmistyfikowanym. Jeśli w literaturze (a przynajmniej w jej części) zwraca się uwagę na wahania i niepewność, co do wyboru właściwej taktyki w kierownictwie polskim, to rzadziej rozpatruje się pod tym kątem to, co działo się w ekipie Breżniewa, która nie zawsze miała jasno sprecyzowaną opinię i nie zawsze była wystarczająco zdeterminowana, aby wcielać w życie swoje pomysły czy nawet decyzje. Tak jak polscy przywódcy komunistyczni musieli brać pod uwagę zasięg oddziaływania "Solidarności" i poziom poparcia dla niej w społeczeństwie, co wpływało hamująco na działania skierowane przeciwko związkowi, tak Kreml nie mógł negliżować układu sił na świecie i zapoznawać globalnych interesów Związku Sowieckiego, dla których militarna interwencja w sprawy polskie mogła mieć (bardzo) negatywne skutki. 
Dobrym przykładem takich wahań jest porównanie zachowań sowieckich w ciągu zaledwie paru tygodni. W drugiej połowie sierpnia 1980 r. co najmniej dwukrotnie, za pośrednictwem ambasadora Aristowa, ponaglano Gierka, aby podjął "zdecydowane działania", a komisja ds. polskich (tzw. Komisja Susłowa) powołana ad hoc przez Biuro Polityczne KC KPZR, sporządziła nawet projekt decyzji o przygotowaniu jednostronnej interwencji militarnej w Polsce, włącznie z ustaleniem koniecznej liczby wojsk i obliczeniem czasu niezbędnego na przeprowadzenie operacji. W początkach września ta sama komisja opracowała wytyczne, które przekazano polskiemu kierownictwu. Jest w nich wprawdzie mowa o "przygotowaniu kontrataku", ale zaleca się "przejawianie elastyczności", wykorzystywanie "wyważonych środków administracyjnych", a nacisk kładziono na to, co nazywano działaniami politycznymi. Także w czasie rozmów Kania-Breżniew 30 października 1980 r. przeważały takie rady dla polskich towarzyszy jak "umacnianie partii", "ofensywa partii", "śmielsze natarcie", "stanowczość", a horyzont czasowy rysowano ogólnikowo - "pilne", "niezbędne". 
Można odnieść wrażenie, że oba ośrodki decyzyjne - imperialny na Kremlu i krajowy w warszawskim Białym Domu - przez pewien czas inaczej reagowały na wydarzenia. Stąd rozziew między dynamiką wydarzeń w Polsce, a zaleceniami czy też decyzjami podejmowanymi na Kremlu. Np. podczas pierwszej konfrontacji na szeroką skalę, która miała miejsce w związku z tzw. kryzysem rejestracyjnym (najostrzejsza faza przypadła w dniach 24 październik-10 listopad), kiedy na próbę wepchnięcia do preambuły statutu "Solidarności" zapisu o kierowniczej roli partii i sojuszach PRL, związek odpowiedział groźbą strajku generalnego, Moskwa nie podejmowała otwartych, publicznie widocznych działań, które miałyby popchnąć do zastosowania drastycznych rozwiązań, a w każdym razie nie zdecydowała się na wyręczenie PZPR w dokonaniu pacyfikacji. Z kolei parę tygodni później, gdy zażegnano kompromisem konflikt wokół "sprawy Narożniaka" i w Polsce zarysowało się pewne odprężenia, Kreml nagle nabrał wigoru, w błyskawicznym tempie przygotował i uruchomił potężną machinę nacisku - wręcz szantażu - aby wymusić generalny atak na "Solidarność", usiłując postawić kierownictwo PZPR przed faktami dokonanymi (manewry wojsk Układu Warszawskiego). 
Między Kremlem a warszawskim Białym Domem nie było rozbieżności, co do strategicznego celu (niezależna od partii organizacja społeczna musi poddać się lub - jeszcze lepiej - zniknąć raz na zawsze). Istniała też zgoda co do środków, które winny być zastosowane: nacisk, a jeśli on nie poskutkuje - uderzenie. Różnice polegały przede wszystkim na tym kiedy (tzn. jak szybko) "Solidarność" ma być rzucona na kolana oraz jaką rolę mają w tym odegrać sojusznicy. Jak to wiosną 1981 r. w trakcie jednej z debat nad sytuacją w Polsce sformułował Breżniew, pytanie brzmi nie "czy?", ale "jak i kiedy?". Wprawdzie bezpośrednim kontekstem była eliminacja nie Wałęsy, ale Kani, jednak problem wydaje się mieć charakter generalny. 
Pomysły, aby przygotować prawne podstawy stanu wojennego pojawiły się już w połowie lipca 1980 r., w czasie, gdy miała miejsce pierwsza kulminacja fali strajkowej (strajk powszechny w Lublinie). Wyciągnięto wówczas z szuflad w MSW i przekazano do KOK prowizoryczne projekty, ale przez blisko trzy miesiące było o nich głucho. Przynajmniej w dostępnych dokumentach. Zarówno w czasie fal strajkowych z lipca-sierpnia, jak i wówczas gdy - m.in. "na grzbiecie" kolejnej, wrześniowej fali strajkowej - powstawała "Solidarność" jako organizacja ogólnopolska, zapleczem prawnym dla siłowych działań były instrukcje i rozporządzenia MSW dotyczące rozbijania niezorganizowanych tłumów lub z demonstracji inicjowanych przez elitarne środowiska opozycyjne. Istniały także zasady działania pionów i służb MSW w warunkach Poważnego Zagrożenia (PZ) oraz umowa o współpracy MSW-MON. Ich przydatność w nowych warunkach, istnienia organizacji tak rozległej jak "Solidarność", była ograniczona. Np. nawet jeżeli w oparciu o istniejące przepisy można było przygotować - co uczyniono w połowie października, gdy zbliżała się ostra faza "kryzysu rejestracyjnego" - listy osób, które miały zostać odosobnione, to brakowało podstaw prawnych, aby móc je dłużej przetrzymywać. 
W połowie października projekty dotyczące stanu wojennego ponownie - i tym razem już na długo - znalazły się w kręgu bezpośredniego zainteresowania centralnych ośrodków decyzyjnych. Ale, jak można sądzić na podstawie dokumentów, w kierownictwach PZPR i MSW, przeważało zrazu przekonanie, że działania siłowe, przede wszystkim w postaci aresztowań, będzie można wykonać bez specjalnych przygotowań. Np. gdy w związku z prawdopodobnym strajkiem generalnym, Stefan Olszowski na posiedzeniu Biura Politycznego (8 listopada) mówił, że jest już "opracowany wariant działania, gdyby konieczne było ogłoszenie stanu wojennego", to nie brał pod uwagę faktu, że projekty odpowiednich aktów prawnych nie są jeszcze wykończone, nie podjęto decyzji w jakim trybie mają zostać uchwalone, że brakuje całej masy szczegółowych instrukcji. Na tym samym posiedzeniu nowomianowany minister spraw wewnętrznych gen.Mirosław Milewski wygłosił wręcz pogląd, że dla wykonania stanu wojennego wystarczy dekret Rady Państwa przedłużający zatrzymanie bez sankcji prokuratorskiej z 48 godzin do 7 dni. 
Gen. Jaruzelski gasił nadzieje na skuteczne przeprowadzenie tak planowanej operacji pytając: "czy można wyegzekwować skutki stanu wojennego wobec milionów strajkujących?" Było to oczywiście pytanie retoryczne. Tym bardziej, że w trakcie dyskusji przeprowadzonej 12 listopada na zebraniu KOK przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego uznano za niedostatecznie zaawansowane i źle koordynowane. Od tego momentu prace ruszyły bardziej szparko, a koordynację ich przejął Sztab Generalny, ale gdy dwa tygodnie później doszło do następnej kulminacji napięcia ("sprawa Narożniaka") jednym z argumentów tych członków kierownictwa PZPR, którzy opowiadali się za kompromisem, było nieprzygotowanie MSW do operacji na szeroką skalę. Nie jestem w stanie kategorycznie stwierdzić czy tak rzeczywiście myślano czy też argumentu tego używano jako pretekstu do odkładania decyzji o zaatakowaniu "Solidarności". 
Przy okazji debat nad wyjściem z "kryzysu rejestracyjnego", a wyraźniej jeszcze w związku ze "sprawą Narożniaka", w dokumentach partyjnych pojawiają się bardzo wyraźne ślady rozbieżności w kierownictwie PZPR co do taktyki działania oraz między częścią członków kierownictwa a przedstawicielami MSW: jedni opowiadali się za szukaniem rozwiązań politycznych (czyli kompromisami), inni uważali, iż należy niezwłocznie uderzyć. Jeśli ci pierwsi nie byli w stałej większości, to znajdował się wśród nich I sekretarz, co miało istotny - być może nawet zasadniczy - wpływ na ostateczne decyzje. Toteż choć pojawiały się takie określenia jak "ostatnia rubież", "doszliśmy do granicy" czy "jesteśmy pod ścianą", finalna decyzja zawsze brzmiała - znaleźć kompromis. Trzeba podkreślić, iż ludzie MSW deklarowali całkowitą lojalność: "aparat jest przekonany, że to już ostatni próg - oświadczył w czasie "sprawy Narożniaka" wiceminister Adam Krzysztoporski - mimo to będziemy robili wszystko, aby każda decyzja Biura Politycznego była wykonana". 
Czy i na ile można było ufać takiej deklaracji - to inny problem. Niektóre aspekty samej "sprawy Narożniaka" nakazują ostrożność, gdyż Biuro Polityczne - a także I sekretarz - zostało zaskoczone biegiem wydarzeń, które zaczęły się od zatrzymania współpracownika związku i rewizji w siedzibie Regionu Mazowsze "Solidarności", a więc od działań SB (i prokuratury). Jedną z konkluzji dyskusji nad wyjściem z konfliktu była uwaga, że to tylko "Biuro Polityczne powinno mieć wpływ na wybór powodu i czasu do konfrontacji" (Andrzej Werblan). Inaczej, ale w tym samym duchu sformułował to Kania: ani moment, ani przyczyna podjęcia konfrontacji "nie mogą być dziełem przypadku". Nie znalazłem wprawdzie przekazów, aby działania w związku ze "sprawą Narożniaka" zostały uznane za prowokację zaaranżowaną bez zgody najwyższych czynników czy wręcz skierowaną przeciwko nim, ale wcale nie wykluczam, że prowokacja rzeczywiście mogła mieć miejsce. 
Hipoteza o tym, że aparat SB nie był w pełni lojalny wobec kierownictwa PZPR rzadziej bywa opierana na przebiegu "sprawy Narożniaka", a częściej na "incydencie bydgoskim" z marca 1981 r. Także w tym przypadku materiał dowodowy, którym dysponuję jest zbyt wątły, aby wyjść poza domniemania. I tak np. choć pewne jest, iż decyzja o wyprowadzeniu siłą z gmachu bydgoskiej WRN działaczy "Solidarności" zapadła - lub została zaakceptowana - na szczeblu premiera, to nie znam potwierdzenia, że premier równocześnie wydał rozkaz pobicia wyprowadzanych. Po doświadczeniu z nagłym wzrostem napięcia po aresztowaniu Narożniaka wiadomo jednak było jak szybka i ostra może być reakcja "Solidarności" na tego rodzaju incydenty, a więc ci którzy kazali wyprowadzić siłą Jana Rulewskiego i towarzyszy mogli - czy też powinni - przewidzieć jak postąpi związek, gdy informacja o tym dotrze do opinii. Gdy "kryzys bydgoski" przeszedł przez najbardziej gorącą fazę, tzn. po podpisaniu porozumienia (30 marca), w łonie Biura Politycznego pojawił się podobny głos, jak te po "sprawie Narożniaka": "często przegrywamy, bo nasze działania nie są należycie przygotowane" mówił Kazimierz Barcikowski. Nie wiem jednak na czym miałoby polegać "należyte przygotowanie". 
Dla analizy i oceny obu tych incydentów, które - a zwłaszcza drugi - doprowadziły do stanu powszechnego wrzenia społecznego, ważne jest, iż rozegrały się one w sytuacji, gdy ekipa Breżniewa była zdecydowana na bezpośrednie, wojskowe wsparcie przez Układ Warszawski (ściślej przez sąsiadów Polski) spodziewanej akcji przeciwko "Solidarności". Z uwagi na rolę i zamierzenia Moskwy całość wydarzeń z lat 1980-1981 dzieli się na dwa wyraźnie różne okresy, w których dałoby się oczywiście wydzielić pewne krótsze odcinki czasowe. 
Jeśli nie liczyć kilku tygodni zaraz po podpisaniu sierpniowych porozumień, kiedy miało miejsce coś w rodzaju "obwąchiwania" przeciwnika, pierwszy z nich można datować orientacyjnie na koniec listopada 1980 - początek kwietnia 1981. Drugi (z dodatkowym podziałem na podokresy kwiecień-czerwiec, czerwiec-październik) trwał do chwili wprowadzenia stanu wojennego. 
Jak wynika z dotychczas znanych dokumentów działania rozpoczęto z inicjatywy Ericha Honeckera, który w pierwszych dniach po wybuchu "sprawy Narożniaka" zwrócił się do Breżniewa z propozycją zwołania narady na najwyższym szczeblu Układu Warszawskiego ws. sytuacji w Polsce. Inicjatywa ta została szybko podchwycona (a może była zasugerowna z Moskwy?) i skierowana najpierw do czynników wojskowych. W dniu 1 grudnia na wezwanie szefa Sztabu Generalnego Armii Sowieckiej przyjechali do Moskwy przedstawiciele MON Polski, Czechosłowacji i NRD. Tu powiadomiono ich o decyzji rozpoczęcia 8 grudnia na terytorium Polski nieplanowanych manewrów "Sojuz 80" i wręczono orientacyjne mapy dyslokacji kilkunastu ćwiczących dywizji z wszystkich czterech armii. Zanim partyjni przywódcy zjechali do białokamiennej stolicy miały miejsce rekonesansowe wizyty w Polsce wyższych oficerów. Na pewno wycieczkę taką odbył (4-5 grudnia) - w towarzystwie polskich kolegów - gen. Jaroslav Gottwald ze sztabu Zachodniego Okręgu Wojskowego armii czechosłowackiej. Narada moskiewska odbyła się 5 grudnia i - jak wiadomo - po dramatycznej dla Polaków debacie postanowiono odwołać (czy raczej: zawiesić nierozpoczęte) manewry. Wydarzeniu temu towarzyszyły zdecydowane, ale oczywiście tylko werbalne, reakcje Zachodu, Jana Pawła II, a nawet włoskich i chińskich komunistów. Nie potrafię powiedzieć czy i na ile wpłynęły one na stanowisko Kremla, ale Moskwa nie mogła ich całkowicie zignorować. 
Z pewnych szczegółów - takich jak fakt przedstawienia Polakom tuż po wylądowaniu w Moskwie projektu komunikatu końcowego, w którym nie było mowy o ćwiczeniach czy z uspokajających wypowiedzi niektórych członków sowieckiego kierownictwa (odnotowanych we wspomnieniach Barcikowskiego) - można wnosić, iż narada i manewry były ze strony Moskwy bluffem, w którym chodziło o postraszenie kierownictwa PZPR i przez udramatyzowanie sytuacji skłonienie go do szybkiego podjęcia radykalnych działań. Na pewno chciano wpłynąć na Polaków i "Solidarność", aby skłonić ją do kapitulacji. Być może także przetestować reakcję Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Chłodna analiza sytuacji w Polsce i kosztów podjęcia w tym momencie pacyfikacji "Solidarności" nakazywały wstrzemięźliwość: dopiero co minęło apogeum "sprawy Narożniaka", nie było żadnych strajków (nie mówiąc już o wystąpieniach ulicznych), brakowało zatem czytelnych pretekstów do rozpoczęcia operacji. Takie też było stanowisko liderów PZPR. Polskie kierownictwo zdecydowanie opowiadało się za wariantem załatwienia sprawy własnymi siłami. Jak wynika z protokołu obrad także inni przywódcy opowiadali się - mniej lub bardziej zdecydowanie - za takim wyjściem z sytuacji. 
Nie jest dla mnie jasne czemu w Moskwie uznano za konieczne powtórzenie pomysłu z manewrami. Może uważano, że za pierwszym razem działano na łapu-capu, co nie wróżyło sukcesu, a Polacy mieli rację argumentując, że nie byli wystarczająco przygotowani. Kolejne manewry zostały postanowione w połowie stycznia z blisko dwumiesięcznym wyprzedzeniem, a w Polsce intensywnie przygotowywano się do wprowadzenia stanu wojennego: "we wszystkich komórkach - wspominał Ryszard Kukliński - (...) rozpoczęto generalną nowelizację i uszczegółowienie planów z takim wyliczeniem, aby można je było wprowadzić w życie na wiosnę roku 1981". Znane mi materiały PZPR, MSW i (nieliczne) wojskowe potwierdzają to. Nie będę tu ani omawiał, ani nawet wymieniał tytułów dziesiątków dokumentów i projektów aktów prawnych, które w ciągu grudnia, stycznia i lutego opracowywano, uzupełniano i które stale aktualizowano. Zostały one przeanalizowane 16 lutego - kilka dni po objęciu przez gen. Jaruzelskiego stanowiska premiera - podczas "międzyresortowej gry decyzyjnej", a 15 marca najściślejsze kierownictwa MON i MSW "zgodnie z poleceniem Towarzysza Premiera" dokonały ("z uwzględnieniem ostatnich wydarzeń w kraju") wspólnej "oceny przygotowań na wypadek konieczności wprowadzenia stanu wojennego". Czas był najwyższy, gdyż za dwa dni rozpoczynały się - na terenie Polski, na południowym Bałtyku oraz na terenie republik Białoruskiej i Litewskiej - ćwiczenia strategiczno-operacyjne wojsk Układu Warszawskiego pod kryptonimem "Sojuz 81". Jedna piąta z ogólnej liczby około 150 tys. żołnierzy miała brać udział w manewrach na terenie Polski. Reszta w pobliżu jej granic. Czasu było mało, ale konkluzje nie były w pełni optymistyczne. W przedstawianej gen. Jaruzelskiemu ocenie stwierdzono, że "istniejący stan przygotowań MON i MSW pod względem formalno-prawnym oraz użycia sił i środków (...) czyni w zasadzie oba resorty zdolnymi do podjęcia działań", ale - zaznaczono - "operacja ta nie może być przeprowadzona z pozytywnym dla nas rozwojem sytuacji bez uprzedniego przygotowania propagandowego", które "pozostaje w tyle". Ergo - jest dobrze, ale nie bardzo. 
W MSW zajmowano się nie tylko prawnymi i technicznymi aspektami stanu wojennego, ale zastanawiano się także nad działaniami, które mogłyby doprowadzić do sytuacji, która uzasadniałaby wprowadzenie go lub zastosowanie innego sposobu generalnego uderzenia w "siły antysocjalistyczne" i "ekstremę". Działania te zostały ujęte w koncepcji "odcinkowych konfrontacji", którą opracowano na piśmie 22 grudnia 1980 r., a 5 stycznia 1981 r. przedyskutowano podczas narady kierownictwa resortu z udziałem m. in. Kani i Barcikowskiego. Koncepcja ta zakładała wywołanie napięcia np. przez aresztowanie "J. Kuronia i bliskich jego współpracowników", co powinno skutkować "wywołaniem znacznej akcji strajkowej w obronie J. Kuronia", a wówczas "po wyczerpaniu innych środków oddziaływania" możnaby "ogłosić stan wojenny dla regionów zagrożonych taką akcją". Kania podsumowując naradę uznał, że "decyzje muszą być rozważne", ale nie zdezawuował pomysłu, który opierał się na prostej, policyjnej prowokacji. 
Aczkolwiek nie mam konkluzywnego dowodu, a opieram się wyłącznie na poszlakach, myślę, iż "incydent bydgoski" może być analizowany jako aplikacja tej koncepcji. Jeżeli była to prowokacja powstaje pytanie o to kto podjął decyzję o jej przeprowadzeniu. Czy po prostu "nasze działania" nie były "należycie przygotowane", jak mówił Barcikowski, ale były "nasze", czyli kierownictwa partii? Czy może była to prowokacja, która miała wymusić na kierownictwie PZPR decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego? Jeśli tak to kto ją przygotował? MSW? KGB? Wojskowe służby specjalne? Polskie? Sowieckie? 
Jedno jest pewne: mimo gwałtownego nacisku zarówno samej sytuacji (strajk ostrzegawczy, zapowiedź strajku generalnego), jak i ze strony Sowietów (telefony od Breżniewa, który m. in. dopytywał się czy przypadkiem nie wykryto jakiegoś składu broni "Solidarności", przyjazd do Polski grupy oficerów KGB etc.) i mimo gorączkowego parafowania przez Jaruzelskiego i Kanię głównych dokumentów politycznych i operacyjnych, doszło do kompromisu. Być może decydującą rolę odegrała reakcja społeczna - odrzucenie oficjalnej wersji wydarzeń i całkowite (z komórkami partyjnymi włącznie) poparcie dla "Solidarności". Jestem przekonany o zasadności tej tezy, ale warto przy okazji wskazać, że wbrew temu, co się często sądzi i pisze, możliwości działania nuklearnego supermocarstwa nie były nieograniczone. Przynajmniej wówczas. Związek Sowiecki, choć zdecydowanie opowiadał się za zadaniem ostatecznego ciosu "Solidarności" i był na jego wsparcie przygotowany, nie miał możliwości wykonania ataku bez zgody - i udziału - Warszawy. 
Konieczność odstąpienia od przygotowanej operacji spowodowała zmianę stanowiska Kremla. Zgodzono się, co zostało potwierdzone podczas nocnej (3/4 kwietnia) rozmowy Kani i Jaruzelskiego z Andropowem i Ustinowem, że zdławienie "Solidarności" odbędzie się własnymi siłami, bez militarnego udziału czy obecności sojuszników. Chyba żeby "sami nie dali rady i zwrócili się o pomoc" jak powiedział marsz.Kulikow 7 kwietnia enerdowskim generałom. Zaczął się drugi etap "polskiego kryzysu", w analizie którego występuje wiele niejasności. 
Zasadnicza dotyczy jego długotrwałości. Oczywiście względnej, ale jednak - od początku kwietnia do połowy grudnia minęło 8 i pół miesiąca. Prawie regularnie donoszona ciąża! Jeżeli porównać materiały, którymi posługiwano się podczas gry decyzyjnej 16 lutego czy w trakcie narady na szczycie resortów siłowych 15 marca, z dyspozycjami prawnymi i operacyjnymi, które weszły w życie w nocy z 12 na 13 grudnia okazuje się, że od wiosny 1981 r. niewiele nowego wymyślono. Czyżby więc kunktatorstwo wynikające z lęku przed podjęciem decyzji od której nie ma odwrotu? Liczenie na to, że przeciwnik dokona "samooczyszczenia"? Kalkulacja, że społeczeństwo zmęczone udrękami życia codziennego wycofa poparcie dla "Solidarności"? Że ludzie zwrócą się w stronę władzy, jako jedynej siły, która może dać poczucie bezpieczeństwa i spokój? A może przekonanie o konieczności tak sumiennego przygotowania operacji, aby po jej rozpoczęciu nie trzeba było zwracać się do nikogo o pomoc? Oczywiście nie wszyscy członkowie najwyższych kręgów decyzyjnych mieli takie same odczucia i nadzieje, istniały znaczne różnice poglądów, ale traktując ich jako zbiorowość można powiedzieć, że wszystkie te motywy mogły odgrywać rolę. 
Były także inne. Np. potrzeba legitymizacji przywództwa w partii przez odbycie zjazdu PZPR, którego przygotowanie i przeprowadzenie było skomplikowaną operacją, gdyż - jak to zwykle w czasie kryzysu - ujawniły się, a raczej pojawiły, głębokie różnice nie tylko w kierownictwie, ale w całej parumilionowej organizacji. Wydarzeniem, które jeszcze przed zjazdem dodatkowo skomplikowało sytuację wewnątrz partii - a szczególnie wewnątrz jej elity - była dosyć niespodziewana interwencja sowiecka. Bynajmniej nie wojskową. Z inicjatywą wystąpił znów Honecker, który najwyraźniej zagiął parol na Kanię tak jak Gomułka w 1968 r. na Dubceka. 
W dniu 16 maja, na wniosek wschodnioniemieckiego przywódcy, odbyło się spotkanie ścisłych kierownictw Związku Sowieckiego, NRD i Czechosłowacji, podczas którego Honecker - z ołówkiem w ręku - wyliczał, iż istnieje możliwość uzyskania przewagi głosów członków KC wystarczającej do odsunięcia Kania i Jaruzelskiego i zastąpienia ich przez ludzi (Grabski, Olszowski), którzy nie będą się wahali przed wprowadzeniem stanu wojennego. Mimo obaw, że układ sił nie jest całkowicie jasny, które wyrażał dobrze znający się polskie sprawy szef KGB, Breżniew zdecydował, aby "ustanowić operatywne kontakty z towarzyszami" i ambasador Aristow wraz z gen.Pawłowem, szefem misji KGB w Polsce, zaczęli działać. Wsparciem dla tych działań był list KC KPZR do KC PZPR zawierający ostrą krytykę kierownictwa, a personalnie zarówno I sekretarza, jak i premiera oraz w dramatycznym tonie utrzymane wezwanie aby przejść do ofensywy. Mniejsza z tym dlaczego, ale akcja skończyła się kompletnym fiaskiem. Nawet obliczenia Andropowa o stosunku sił 1:1, okazały się nazbyt optymistyczne: wniosek złożony przez Grabskiego podczas plenum KC, które odbyło się w dniach 9-10 czerwca, zgromadził 20% głosów. "Pucz" nie udał się, Kania i Jaruzelski wyszli wzmocnieni - chyba nie tylko w opinii wielu członków PZPR, ale też licznych środowisk społecznych - gdyż okazało się, że pełnią swoje funkcje wbrew życzeniom Kremla. Wzmocniła się też ich pozycja w Moskwie, gdyż musiano tam uznać, że nie ma dla nich realnej alternatywy. 
Po nieudanym "puczu" nastąpił okres, w czasie którego krok po kroku kompletowano niezbędne dokumenty, stale aktualizowane istniejące i rozważano różne szczegółowe problemy (np. druk obwieszczeń, projekty komunikatów prasowych, które miały być ogłaszane od chwili wprowadzenia stanu wojennego czy sprawę wydania broni krótkiej aktywistom PZPR). Stałą troską było odpowiednie przygotowanie propagandowe i znalezienie przekonywującego pretekstu (lub jak kto woli: stworzenie powodu) do rozpoczęcia operacji. Jednak niektóre problemy, nawet istotne, wciąż pozostawały otwarte. Tak było m.in. ze sprawą formy wprowadzenia stanu wojennego. Już w czasie lutowej gry decyzyjnej stwierdzono, że największe szanse powodzenia daje rozpoczęcie operacji jako prewencyjnej, tj. zanim nastąpi mobilizacja "Solidarności" (ogłoszenie strajku generalnego). Przygotowania muszą mieć więc charakter całkowicie tajny, a w związku z tym konieczne jest, aby odpowiednie akty przyjęła (skrycie) Rada Państwa. Mimo to cały czas analizowano także ewentualne działania legislacyjne na drodze sejmowej, a więc z konieczności jawne, a nawet ostentacyjne. Ten tryb określano jako "wpełzanie w stan wojenny". 
Wątpliwości pojawiają się też w związku z podejmowanymi - a raczej: reanimowanymi - na przełomie października i listopada koncepcjami utworzenia Frontu Porozumienia Narodowego. Niektóre wypowiedzi wspierają hipotezę, że była to szczera próba znalezienia modus vivendi ("to nie jest gra pozorów, a działania autentyczne" - Jaruzelski, 28 października), inne że był to kamuflaż ("Byłbym za językiem twardym, ale nie doprowadzałbym do sytuacji, że przeciwnicy stwierdzą, że to gra pozorów" - tenże, 17 listopada). Może po prostu gen. Jaruzelski zmienił stanowisko? 
Nie ma natomiast wątpliwości, co do tego, że przygotowania cały czas prowadzono i to zarówno w resortach siłowych, jak i w aparacie KC (propaganda) oraz w tych instytucjach centralnych, które miały uczestniczyć w administrowaniu stanem wojennym (m. in. GUKPPiW, ministerstwa łączności i komunikacji, prokuratura). Najwięcej pracy miał oczywiście aparat SB, na barkach którego leżało wykonanie skomplikowanych misji. Najważniejsza z nich wywodziła się w znacznym stopniu ze wspominanego już podziału "Solidarności" na "zdrowy robotniczy nurt" i "siły antysocjalistyczne". Wprawdzie pojawiały się w kierownictwie PZPR głosy, że podział taki de facto nie istnieje, ale czy to siłą inercji raz przyjętej hipotezy, która była dogodna dla tych którzy opowiadali się za kompromisem czy to w wyniku trwania w ideologicznych nawykach i stereotypach, wciąż miała zwolenników. W każdym razie do zadań SB w chwili wprowadzenia stanu wojennego - a w istocie tuż przed - należało przeprowadzenie internowań (operacja "Jodła") i "rozmów ostrzegawczych" (operacja "Klon"). Pierwsza z tych operacji, która wedle stanu na 16 października powinna objąć 4277 osób, miała na celu nie tylko odsunięcie ich od działalności, ale także wprowadzenie na miejsce internowanych swoich ludzi - różnego rodzaju tajnych współpracowników czy "kontaktów osobowych" - oraz takich osób, które będą uległe. Np. w Wydziale III A Komendy Stołecznej MO przygotowano plany "wprowadzenia ekip zastępczych" w Zakładach Mechanicznych Ursus i w 45 innych komisjach "Solidarności" głównych stołecznych zakładów pracy. W ten sposób miała powstać "ludowa", czy - jak to określił gen. Kiszczak - "socjalistyczna Solidarność". Podobne plany powstawały zapewne w całym kraju. Oznaczało to konieczność licznych werbunków, rozmów operacyjnych, instalowania urządzeń podsłuchowych, przygotowywania skrzynek i lokali kontaktowych (także na terenie fabryk). Równocześnie SB musiało prowadzić normalną działalność dezinformacyjną i dezintegracyjną, skłócać, napuszczać jednych na drugich, drukować fałszywki, rozsyłać anonimy, przygotować ludzi kultury i nauki, którzy w odpowiednim momencie wystąpią "wspierając politykę władz" (w początkach października na liście znajdowały się 184 nazwiska). 
Na podstawie znanych dokumentów można sądzić, iż większość członków Biura Politycznego i Sekretariatu KC, w każdym razie ci, którzy nie wchodzili w skład KOK, miała raczej mgliste pojęcie o szczegółach tych przygotowań. Nie udało mi się stwierdzić, aby dostarczano temu gronu podstawowe dokumenty i projekty aktów prawnych dotyczących bezpośrednio stanu wojennego, informowano o zakładanym zasięgu operacji "Jodła" czy "Klon", o planowanym przebiegu opanowywania central telefonicznych, ośrodków radia i telewizji, o zakresie militaryzacji, przedstawiono zadania komisarzy wojskowych. A niezależnie od tego czy i co członkowie Biura Politycznego wiedzieli, to oni właśnie - co wynika z przyjętych harmonogramów - mieli podjąć ostateczną decyzję. Oczywiście polityczną. 
Wypróbowani przyjaciele PRL burzyli się widząc, że polskie kierownictwo wciąż nie może podjąć decyzji. Do najbardziej niezadowolonych należał nieodmiennie Honecker, którego Breżniew musiał prosić (3 sierpnia): "Erichu, pozwól nam działać cierpliwie". Na co przywódca enerdowski z rezygnacją stwierdził "rzeczywiście musimy, jak to zaznaczyliście, żyć jakiś czas z Kanią". Nie zerwał jednak kontaktów z przedstawicielami "zdrowych sił" w elitach PZPR i natarczywie proponował na I sekretarza kandydaturę Olszowskiego. Ten jednak chyba nie za bardzo przypadł do gustu Breżniewowi. Gensek nie podjął też pomysłu ponownego zwołania narady ws. sytuacji w Polsce. 
Po uchwaleniu "Posłania do ludzi pracy Europy Wschodniej" (8 września), które na Kremlu potraktowano jako casus belli, Moskwa wzmogła nacisk i mnożyła żądania szybkiego rozpoczęcia akcji, ale zdawano sobie tam sprawę, że będzie to trudne bez uporządkowania sytuacji personalnej na szczycie władzy. Rosnącą niecierpliwość okazywali też ludzie z aparatu partyjnego i na ogół świeżego chowu działacze, którzy pojawili sie w trakcie kampanii przedzjazdowej i w czasie nadzwyczajnego zjazdu PZPR. Jakkolwiek trudno twierdzić, iż większość z nich była z natury "twardogłowa", zwraca uwagę, iż od jesieni 1980 r. doszło do poważnej wymiany personalnej w partii, a znaczną część nowych twarzy stanowili ludzie bez większego doświadczenia politycznego i bez stażu w partyjnej biurokracji. Byli więc, jak sądzę, trudniejsi do kontrolowania, bardziej spontaniczni i bezpośredni w wypowiedziach, podatni na wewnątrzpartyjny populizm i demagogię. Na najwyższym szczeblu pojawiły się głosy obawy i przestrogi, iż partia idzie w rozsypkę, że "maleje zaufanie do kierownictwa". Albin Siwak przepowiadał nawet, że może dojść do rozłamu i "powstanie nowa [partia], poza KC". Po prostu znaczna część członków PZPR, z różnych szczebli, coraz ostrzej domagała się podjęcia radykalnych działań i skończenia z "Solidarnością", w której widziano - tak jak to podsuwała propaganda - zanarchizowanego destruktora działającego wbrew racji stanu i interesom narodowym. W społeczeństwie zachodziły powolne, ale jednokierunkowe zmiany. Wedle badań opinii publicznej z listopada około 40% ankietowanych uważało, iż za zły stan rzeczy w kraju taką samą odpowiedzialność ponoszą władza i "Solidarność", co było wynikiem nie tylko, a może nawet nie tyle, oddziaływania propagandy, ile faktu, że w ciągu rocznego istnienia związku sytuacja gospodarcza zamiast poprawić się ulegała stałej degradacji. Badania wykazały, że odsetek respondentów nie popierających "Solidarności" lub nie mających wyrobionej opinii nt. związku wzrósł z około 10% w 1980 r. do około 29%. Nawet wśród członków "Solidarności" "zdecydowanie" popierało ją (a więc... siebie) tylko 47% odpowiadających na ankietę. 
Jak wiele innych także i sprawa odejścia Kani z funkcji I sekretarza nie jest dla mnie zupełnie jasna. Nie chodzi oczywiście o sam fakt usunięcia, ale o to jak to się stało. Czy też - posługując się językiem ówczesnej propagandy - "kto za tym stał?" Jeśli wierzyć informacjom, które znajdują się w dokumentach enerdowskich, inicjatywa wyszła z Moskwy: "zwróciliśmy się - mówił Honeckerowi jeden z członków najwyższych władz sowieckich - do towarzyszy Grabskiego i Kociołka i wezwaliśmy ich, aby pomogli w przygotowaniu IV plenum [KC PZPR]" i dzięki ich pomocy "działania zdrowych sił były zbyt jednoznaczne i już nic nie mogło mu [Kani] pomóc". O przygotowaniach do usunięcia Kani, choć bez wskazywania na autorów, pisze we wspomnieniach Barcikowski. Jak wynika z depesz wysyłanych z Warszawy przez gen. Pawłowa sam Kania orientował się, że szykowany jest na niego atak. 
Zmiana na stanowisku formalnego lidera była jednak nie tylko wynikiem działań sterowanych z Moskwy czy personalnych rozgrywek na szczytach władzy. Z rozmów, które w trakcie owego plenum przeprowadzono z członkami KC, wynikało, iż większość uważała, że - jak referował to Hieronim Kubiak - "kto w Biurze Politycznym jest za nadzwyczajnymi środkami, powinien zostać, kto przeciw - odejść". Jeden z członków Biura Politycznego mówił wprost, że "partia chce zmiany kursu" i "odrzuca linię porozumienia". Pod słowem "partia" nie należy chyba rozumieć ogółu członków PZPR, raczej bardziej aktywnych, ale warto pamiętać, że o ile nie doszło do samooczyszczenia się "Solidarności", o tyle już od lata 1980 r. trwał proces samooczyszczania się partii komunistycznej, z której masowo odchodzili ci, którzy bardziej utożsamiali się ze związkiem Lecha Wałęsy niż z PZPR. Pozostawali "twardzi". Być może Tadeusz Grabski nie przesadzał, gdy we wrześniu oceniał, że około 1,5 do 1,8 mln (na 2,5 mln) członków PZPR "to pewni towarzysze lub tacy, którzy mogą być wygrani dla nas". Polaryzacja, która miała miejsce w społeczeństwie i szybko pogłębiała się, obejmowała oczywiście także PZPR, choćby dlatego, że była ona partią masową, a szeregowy pezetperowiec z pewnością był bardziej podobny - także w zachowaniach politycznych - do bezpartyjnego Polaka niż do wyimaginowanego przez ideologię i statut członka awangardy klasy robotniczej. Tak więc jest wysoce prawdopodobne, że znaczna - być może nawet wyraźnie większa - część członków PZPR opowiadała się zmianą linii politycznej, którą uosabiał Kania. Linia ta od dawna była kwestionowana przez ludzi z MSW, a także korpus oficerski. 
Tak czy inaczej, 18 października rano, w tajnym głosowaniu KC przyjął (104 za, 79 przeciw) dymisję Kani, a parę godzin później to samo gremium wybrało na I sekretarza gen. Jaruzelskiego (180 za, 4 przeciw). Objęcie tej funkcji przez premiera i ministra obrony narodowej było co najmniej zgodne z opiniami Kremla, jeśli wręcz nie zostało przez ekipę Breżniewa bezpośrednio przygotowane. W każdym razie konkurentów nie było, a zanim przedstawiono oficjalnie członkom KC gen. Jaruzelskiego, jedyny potencjalny kontrkandydat, Stefan Olszowski, sam zgłosił na posiedzeniu Biura Politycznego wniosek, aby głosować na jedną osobę (Jaruzelskiego) i aby nowy I sekretarz miał wolną rękę w doborze współpracowników. 
Często uważa się, że dzień 18 października 1981 r. był kluczowy dla wprowadzenia stanu wojennego gdyż od tej chwili dwie najważniejsze funkcje w państwie (I sekretarza i premiera) znalazły się w rękach jednej osoby, w dodatku panującej bezpośrednio (wojsko) lub przez lojalnych wobec siebie ludzi (MSW z gen. Kiszczakiem) nad tymi resortami, które miały stan wojenny wprowadzać i nim zarządzać. Aczkolwiek z punktu widzenia samej techniki przygotowań 18 października nie jest żadną wyraźniejszą cezurą - biegły one od dawna, a nasilenie prac nie zwiększyło się od tego momentu (bo już nie musiało) - zgadzam się z taką opinią. Niezależnie od tego czy gen. Jaruzelski osobiście był czy nie był zwolennikiem szybkiego wprowadzenia stanu wojennego, ani jaki był jego stosunek do "linii porozumienia", zajmując miejsce po Kani stawał się reprezentantem tych, którzy uważali, iż konfrontacja oparta na sile jest jedynym logicznym wyjściem z sytuacji. Kania nie po to był odsuwany, aby uniknąć stanu wojennego. Wprost przeciwnie - usunięto go dlatego, aby urealnić, czy nawet umożliwić, wszczęcie operacji. Podobne znaczenie, choć oczywiście w innej skali, miał awans gen.Siwickiego na funkcję zastępcy członka Biura Politycznego, powołanie gen.Tadeusza Dziekana na stanowisko kierownika Wydziału Kadr KC PZPR, wprowadzenie obyczaju, aby stały udział w posiedzeniach najwyższych gremiów partyjnych brali gen.Michał Janiszewski, szef Kancelarii Premiera czy gen.Józef Baryła, szef Głównego Zarządu Politycznego wojska. Marsz wojskowych na stanowiska w aparacie partyjnym i w administracji państwowej (z ministerialnymi i wojewodzińskimi włącznie) trwał już od dawna, ale teraz zyskał - jeśli tak można powiedzieć - nową jakość. 
Sądzę, że w odczuciu społecznym, ale przede wszystkim w postrzeganiu sytuacji przez działaczy "Solidarności" pojawiło się wówczas - czy może: utrwaliło - poczucie nieuchronności siłowej konfrontacji. Zaś przeświadczenie, że pole manewru zostało mocno ograniczone, dla wielu oznaczało, iż ucieczka do przodu staje się jedynym działaniem możliwym do zaakceptowania. Wynika z tego, że zmiana w PZPR bardziej sprzyjała dalszej radykalizacji części elit związkowych i wzmocnieniu "ekstremy" niż przyczyniła się do pogłębienia tendencji do ustępstw i szerzenia wśród nich lęku przed rozpoczęciem "wojny z komuną". 
Ekipa Breżniewa, w której z satysfakcją przyjęto odejście w polityczny niebyt Stanisława Kani, najwyraźniej oczekiwała nieomal natychmiastowych decyzji. Nic więc dziwnego, że fakt, iż nie wykorzystano strajku ostrzegawczego (28 października) jako pretekstu do podjęcia działań został uznany za przejaw słabości nowego I sekretarza. Cóż jednak można było zrobić? Nowe roszady personalne raczej nie wchodziły w grę, a w każdym razie, gdyby chciano je ponownie przeprowadzić potrzebny był czas. I odpowiedni kandydat. Pozostawał więc nacisk, napominanie, grożenie swego rodzaju sankcjami ekonomicznymi. Np. wymogiem zbilansowania dostaw ropy z dostawami polskich towarów do Związku Sowieckiego (Na Kremlu postanowiono zresztą już wcześniej ogólne obniżenie dostaw ropy dla wszystkich wschodnioeuropejskich odbiorców, co im zresztą lojalnie zaanonsowano.) W połowie listopada miała miejsce wizytacja wyższych oficerów sowieckich (to wówczas chyba zmieniono - znane zbiegłemu płk Kuklińskiemu - kryptonimy niektórych operacji), którzy stwierdzili, że "opracowane dokumenty odpowiadają aktualnej sytuacji", a ich jedynym mankamentem jest, iż nie wszystkie są podpisane. Upewniało to Breżniewa, że odkładanie rozpoczęcia akcji jest wynikiem niezdecydowania - lub niechęci - polskiego kierownictwa, a więc postanowiono raz jeszcze wzmocnić nacisk: tym razem zapraszając do Moskwy gen.Jaruzelskiego. Nie było jednak mowy, aby w spotkaniu tym uczestniczyli przywódcy innych państw Układu Warszawskiego. W liście, który towarzyszył zaproszeniu przypominano, że "sprawa nie polega na tym, czy konfrontacja będzie czy nie, lecz na tym, kto ją rozpocznie, jakimi środkami będzie prowadzona i po której stronie pozostanie inicjatywa". Kierownictwo sowieckie na tyle serio traktowało rozmowy, że od razu uzgodniło swoją reprezentację na nie. 
Ustalono też termin: 14-15 grudnia. Może on właśnie stał się jednym z limitów czasowych dla rozpoczęcia stanu wojennego? Jakoś trudno wyobrazić sobie, że polska delegacja ląduje na lotnisku Szeremietiewo, podczas gdy w kraju nadal szaleje anarchia, panoszą się Wałęsa, rulewscy i michniki. Ale wszystko (lub prawie) jest oczywiście możliwe. 
W każdym razie sytuacja dojrzewała do ostatecznego rozwiązania. Plenum KC, które odbyło się w dniach 27-28 listopada postanowiło skierować do sejmu projekt ustawy o nadzwyczajnych pełnomocnictwach dla rządu, co - wedle przyjętego założenia - było faktycznym rozpoczęciem "wpełzania w stan wojenny", a jednocześnie stanowiło kamuflaż dla uderzenia prewencyjnego, gdyż kazało spodziewać się wszczęcia procedury legislacyjnej, która siłą rzeczy musiała być co najmniej częściowo jawna. Zapewne ważniejsza była inna seria wydarzeń: 27 listopada gen. Jaruzelski uznał, iż trwający od paru dni strajk elewów Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarnictwa (podległej MSW) "musi być rozwiązany w sposób radykalny". I rzeczywiście - 2 grudnia ZOMO i jednostki specjalne zaatakowały w biały dzień gmach szkoły wokół którego zgromadzone były setki warszawiaków. Strajk był popierany przez związek, a na terenie szkoły znajdował się jeden z wiceprzewodniczących Zarządu Regionu Mazowsze. "Solidarność" zarządziła "ostre pogotowie". Parę dni później w podnieconej atmosferze odbyło się w Radomiu zebranie ścisłego kierownictwa związku i regionalnych liderów, na którym m.in. postanowiono odbycie 24-godzinnego strajku gdy sejm uchwali ustawę o nadzwyczajnych pełnomocnictwach, a bezterminowego strajku powszechnego jeśli rząd zechce wprowadzić ją w życie. Padło wiele ostrych słów. W podobnej atmosferze zjazd Regionu Mazowsze postanowił zorganizować w rocznicę maskary z grudnia 1970 r. wiec protestacyjny w centrum Warszawy. W sobotę 5 grudnia, dzień po obradach radomskich a na dzień przed uchwałą Mazowsza, Biuro Polityczne - po długotrwałej dyskusji - upoważniło gen. Jaruzelskiego do wprowadzenia stanu wojennego "w optymalnym czasie i wymiarze politycznym". 
Nie miejsce tu na przedstawienie rozległej kampanii propagandowej, która zresztą trwała nieustannie od lata 1980 r. i to nieomal niezależnie od kolejnych napięć. Nowym w niej elementem, który miał bezpośrednio uzasadnić rozpoczęcie akcji, było upowszechnienie - odpowiednio dobranych i skomentowanych - fragmentów nagrań z posiedzenia radomskiego, które wykonał funkcjonariusz SB ulokowany w strukturach związku. W połączeniu z groźbami przerw w dostawach prądu i brakami chleba, którymi straszono już od tygodni, stwarzało to nastroje apokaliptycznego nieomal zagrożenia. Próby mediacji podjęte przez Kościół zakończyły się fiaskiem - "Solidarność" nie wierzyła w dobrą wolę władz, konstruktorzy stanu wojennego byli zdecydowani na jego wprowadzenie. W Warszawie zjawił się marsz. Kulikow, który miał obserwować operację i być gotowym, w razie potrzeby, do uruchomienia wojskowej pomocy. Na ostatnich naradach - z centralnym aktywem PZPR (ścisłe kierownictwo plus I sekretarze komitetów wojewódzkich), z wojewodami i komendantami wojewódzkimi MO, posiedzeniu Rady Wojskowej MON - które odbyły się w dniach 8-9 grudnia nie omawiano już spraw technicznych. Służyły one sprawdzeniu gotowości i zmierzeniu determinacji. Na zakończenie posiedzenia Rady Wojskowej gen. Jaruzelski - jak wspomina - "podchodził kolejno" do wszystkich i "obejmował każdego". Armia szła do szturmu. 
Nie jestem pewien kiedy została podjęta definitywna, można powiedzieć "robocza", decyzja co do dnia rozpoczęcia akcji. Z materiałów, które wielokrotnie i od dawna analizowano wynikało, że najlepsza będzie noc z soboty na niedzielę. I oczywiście zanim "Solidarność" ogłosi strajk. Na podstawie znanych mi dokumentów i relacji wnoszę, że nastąpiło to 9, a najpóźniej 10 grudnia. W każdym razie sobotnim rankiem 12 grudnia zaczęło się przegrupowywanie części jednostek wojskowych. W Stoczni Gdańskiej trwało posiedzenie Komisji Krajowej związku, podczas którego zaaprobowano decyzje z Radomia oraz debatowano nad kolejnymi żądaniami wobec władz i projektami ustrojowymi. Około 14.00 gen. Jaruzelski polecił gen. Kiszczakowi i gen. Siwickiemu wydanie odpowiednich rozkazów do uruchomienia akcji w pełnym wymiarze. Zaczęła się ona około 23.30 od opanowania central telefonicznych, gmachów radia i telewizji oraz realizacji operacji "Jodła". Breżniew okazał zadowolenie, a w posłaniach do przywódców siedmiu najbardziej zaprzyjaźnionych państw komunistycznych przekazał, iż "kierujemy się tym, że polscy towarzysze będą rozwiązywać te sprawy przy pomocy sił wewnętrznych". Wieczorem 16 grudnia marsz. Kulikow otrzymał polecenie powrotu do Moskwy. Jego zwierzchnicy najwyraźniej uznali, że operacja toczy się zgodnie z planem i nie ma potrzeby nadzoru nad jej przebiegiem.

* * * 
Na pytania najczęściej stawiane w kontekście wprowadzenia stanu wojennego - czy było on nieuchronny oraz czy istniała możliwość innego rozwiązania? - w ramach standardowych rygorów badawczych nie ma zasadnych odpowiedzi. Można oczywiście próbować rysować różne - jedne mniej, inne bardziej prawdopodobne - scenariusze. Cofając się wstecz od dnia 12 grudnia 1981 r. można poszukiwać wydarzenia po którym nie było odwrotu (point de non-retour) z drogi wiodącej ku konfrontacji i zastanawiać się czy nie można go było uniknąć, niezależnie od tego czy wydarzenie to zaistniało z woli jednej ze stron, czy z przypadku. Nie powinno się jednak mieć złudzeń ani że będzie to łatwe zadanie, ani że nawet jeżeli wskażemy takie wydarzenie będzie absolutnie i dla wszystkich pewne, że spełnia ono wymóg odwracalności. 
Ze strony niezależnych ruchów społecznych moment taki został chyba przekroczony już wówczas, gdy uorganizowały się one w "Solidarność", a więc w połowie września 1980 r. Aczkolwiek można sobie wyobrazić - i w obozie władzy wielu na to liczyło - iż samoograniczanie się związku będzie jeszcze głębsze niż rzeczywiście było, powstaje pytanie jak na to zareagowałaby władza? Jakim zakresem samoograniczania byłaby usatysfakcjonowna? Czy obniżenia poziomu żądań i przeprowadzenia samooczyszczenia z "sił antysocjalistycznych" nie uznano by za przejawy słabości i sposobność do przejęcia kontroli nad związkiem, tak jak to planowano osiągnąć w rezultacie stanu wojennego? 
Zakładając zaś, że "Solidarność" nie traci niezależności, aby "wyminąć" stan wojenny musiałyby zostać spełnione dwa co najmniej zasadnicze warunki: 
- wola ze strony obozu władzy wprowadzenia tak daleko idących przekształceń ustroju, aby związek znalazł w nim trwałe miejsce; 
- wyrażenie zgody na te przekształcenia przez Moskwę, albo też jakaś niezwykle spektakularna klęska Związku Sowieckiego w wyniku której jego oddziaływanie zostałoby dotkliwie osłabione lub wręcz zniweczone. 
Jedyne, co można powiedzieć z pewnością to, iż spełnienie ich było teoretycznie możliwe. Udowodniły to wydarzenia z drugiej połowy lat osiemdziesiątych. 
Jeśli jednak oba warunki uznamy za konieczne, to zwraca uwagę, iż tylko pierwszy z nich był zależny od PZPR i to też w trudnym do określenia stopniu. Tak więc pojawia się stara teza, że zasadnicze reformy - a znalezienie ustrojowego miejsca dla tak potężnej organizacji jaką była "Solidarność" niewątpliwie ich wymagało - były niemożliwe bez zmian w Moskwie lub bez popełnienia przez przywódców sowieckich dramatycznego błędu. Takiego np. jaki popełnił Stalin w 1948 r. zrywając z Titą bez zapewnienia sobie możliwości interwencji. W tym kontekście można zastanawiać się nad tym czy kalkulacje polskich liderów komunistycznych nie były oparte na błędzie percepcyjnym: przecenianiu stopnia determinacji Moskwy. Ze znanych dotychczas dokumentów sowieckich nie wynika bowiem jednoznacznie, iż limit czasu dla "polskiej anarchii" został wyczerpany, zaś klęska "puczu czerwcowego" oznaczała, iż Moskwa nie ma pełnej swobody - tj. możliwości dowolnego wyboru chwili, miejsca i osób - kształtowania sytuacji w Polsce i w PZPR. Jeśli przyjmiemy, iż błąd taki wystąpił to można stwierdzić, iż uwarunkowania zewnętrzne nie zmuszały do wprowadzenia stanu wojennego wtedy, gdy to zostało uczynione. 
Można więc postawić tezę, iż dla podjęcia decyzji znaczenie co najmniej równorzędne do stanowiska Moskwy, miał układ sił w samej PZPR i w jej kierownictwie. Otóż jak wynika zarówno z tekstów publicznych i działań jawnych, jak i z debat poufnych oraz działań tajnych układ ten powoli, ale systematycznie przesuwał się w stronę rozpoczęcia konfrontacji siłowej. Dominowało poczucie, że kolejne konflikty kończąc się kompromisem stają się w rzeczywistości porażkami, co prowadzi nie tyle do reformy ile do upadku systemu. Kontynuowanie "linii porozumienia" wynikało nie tyle z doktrynalnych przewartościowań, ile z chęci uniknięcia krwawej - jak sadzono - konfrontacji. 
Skoro nie był wypełniany pierwszy z wymienionych warunków koniecznych (wola zmian) drugi z nich (stanowisko Moskwy) nie miał decydującego znaczenia. W istocie po prostu oba warunki - ani wewnętrzny, ani zewnętrzny - nie były wypełniane. Toteż "mniejsze zło" tak jak je definiował Gierek, czyli istnienie "Solidarności", mogło być usunięte tylko "złem koniecznym", tak jak je definiował gen. Jaruzelski, czyli jej unicestwieniem. 


Powrót
Strona 1|2|3|4
Drukuj
Generuj plik PDF
Poleć stronę znajomemu
Adres do korespondencji
Instytut Pamięci Narodowej, ul. Towarowa 28, 00-839 Warszawa
©2000-2010 Instytut Pamięci Narodowej. Wszelkie prawa zastrzeżone.